Agnieszka Moroz | Rzuciłem picie!
15399
post-template-default,single,single-post,postid-15399,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-theme-ver-13.1.2,qode-theme-bridge,wpb-js-composer js-comp-ver-5.4.5,vc_responsive
 

Rzuciłem picie!

Rzuciłem picie!

„… wątki się rwą, trudno utrzymać skupienie na jakimś temacie, za łatwo na scenę wkraczają łzawe sentymenty albo dzika rozpacz, a jeżeli są grane jeszcze jointy – to również filozofowanie i recepty na naprawę świata tak proste, że nie do pojęcia wydaje się, że świat, mając je w zasięgu bucha, jest nadal tak skomplikowany. Krótko mówiąc – wolę wysiąść i przejść się pieszo” – 6 opowieści.

Oni rzucili alkohol. Rzucenie papierosów jest dla ludzi imponujące, a alkoholu jakoś dziwi?

– Nim odstawiłem alkohol, budziłem się z bólem głowy i przeświadczeniem, że jestem naprawdę w beznadziejnym położeniu – mówi Piotr, współwłaściciel nieistniejącego już Blok Baru. Będąc na życiowym zakręcie, postanowił całkowicie odstawić alkohol. Nie jest w tym odosobniony. Tekst o rzuceniu alkoholu wywołał bardzo duże zainteresowanie i spotkał się z wieloma komentarzami. Dlatego przypominamy Wam te historie.

„W pierwszym tygodniu niepicia śniło mi się zimne piwo”

Piotr, 33 lata, współwłaściciel nieistniejącego już Blok Baru, nie pije od października

Poczułem, że powinienem odstawić alkohol, kiedy znalazłem się na zakręcie zawodowym. Wciąż na nim jestem, ale bez procentów zakręt wydaje się łagodniejszy – towarzyszy mi poczucie, że za nim jest prosta, na której wcześniej czy później się znajdę.

Kilka piw lub drinków było pewną normą

Nim odstawiłem alkohol, budziłem się z bólem głowy i przeświadczeniem, że jestem naprawdę w beznadziejnym położeniu.

W maju ubiegłego roku otworzyliśmy bar. Własny lokal to niesamowita przygoda, cenne know-how i miejsce realizacji najbardziej skrywanych fantazji i marzeń. I tak rzuciłem pracę w dziale marketingu, by skupić się wyłącznie na prowadzeniu własnego interesu. Byłem właścicielem, współprowadzącym Bingo, pomysłodawcą kilku imprez i DJ-em. A moje każdorazowe odwiedziny w barze wiązały się z piciem alkoholu.

Bywały tygodnie, że przebywałem tam niemal codziennie, czyli codziennie piłem alkohol. Kilka piw lub drinków było pewną normą. Prawie zawsze wracałem do domu na lekkim rauszu i następnego dnia budziłem się z kacem.

To alkohol zużywał moją energię

O tym, że mamy się wyprowadzić, wiedzieliśmy parę tygodni przed zamknięciem. To ciężki moment, kiedy należy uśmiercić miejsce, które tętni życiem i pęka w szwach. Wpadłem w popłoch i zacząłem częściej pić. Choć to wciąż nie były ilości, które urywają film czy wywołują bełkot. Ale wystarczające, by budzić się w południe z poczuciem, że życie pasuje wyłącznie do dupy, która puchnie i nie mieści się w spodniach.

Ten stan trwał za długo. Zacząłem dochodzić przyczyn fatalnego nastroju i doszedłem do wniosku, że to alkohol zużywa moją energię. Odstawiłem wszystkie napoje wyskokowe pierwszego października. A w ostatni weekend października zamknęliśmy bar, wywieźliśmy nasze bambetle i oddaliśmy klucze do lokalu.

Nie było mi ciężko rzucić alkohol

Pamiętam, że w pierwszym tygodniu nie picia śniło mi się zimne piwo. I to dwa, może trzy razy. Nie wiem, czy to kwestia tęsknoty za ulubionym trunkiem czy rozkręconych grzejników i suchego powietrza w domu.

Nie było mi ciężko rzucić alkohol. Duma, że na trzeźwo uczestniczę w sytuacjach, w których dotychczas towarzyszył mi alkohol, wyłącznie mnie uskrzydla i dodaje otuchy. Wciąż uważam jednak, że nie ma nic złego w piciu, jeśli trzymamy się dzielnie i trzymamy rękę na pulsie.

Ciągle słyszałem: „Co ty wydziwiasz, przecież ty nie masz problemu”

Czy znajomi odbierają mnie teraz inaczej? Raczej nie. Zawsze byłem sztywny w niektórych sytuacjach i mimo alkoholu nie potrafiłem się rozluźnić. Być może tych sytuacji jest teraz więcej, ale ci, co mnie znają, z pewnością mi to wybaczą. Muszę jednak przyznać, że swoją decyzją wywołałem pewne rozgoryczenie i rozczarowanie. „Przecież ty nie masz problemu”, „Co ty wydziwiasz?”, „Przecież nie musisz się upijać” i moje ulubione „Po co to robisz, skoro to lubisz?” to tylko niektóre z komentarzy, które towarzyszyły i towarzyszą mojej abstynencji.

W takich momentach przeszywała mnie refleksja, że rzucenie papierosów jest imponujące i godne pochwały, a alkoholu wciąż bywa bulwersujące. Ale to pewnie kwestia imprezowego środowiska, w którym egzystowałem.

Przeszkadzają mi pijackie nawyki

Nie przeszkadza mi, gdy inni piją w moim towarzystwie. Być może dlatego, że nie pojawia się we mnie ssąca potrzeba, by chwycić za kieliszek czy szklankę. Przyznaję jednak, że zaczęły mi przeszkadzać pijackie nawyki u niektórych. Szarpanie za rękaw podczas rozmowy, niepotrzebne wrzaski do ucha czy powtarzanie historii sprzed chwili. Zastanawiam się, czy i mi się zdarzało zamęczyć kogoś swoją osobą w trakcie imprezy…

Nie mówię, że już nigdy nie napiję się alkoholu. Deklaracje, że już się nigdy nie wypije, to wywoływanie presji na sobie samym. Jestem na etapie, kiedy alkohol wyłącznie mi szkodzi. Alkohol bagatelizuje stresy i problemy. Niestety ich nie rozwiązuje. Być może, kiedy ustabilizuje się moja sytuacja zawodowa, a ja poczuję wiatr w żagle, otworzę butelkę szampana, by to uczcić.

„Zorientowałam się, że piję nawet 300 dni w roku”

Marta, 33 lata, PR-owiec, nie pije od ok. 3,5 roku

Wszystko zaczęło się kilka lat temu. Miałam wtedy chłopaka, z którym prowadziłam bardzo rock’n’rollowe życie” – piliśmy wino albo piwo na każdej randce, a randkowaliśmy prawie codziennie.

Odnotowywałam każde piwo do filmu, wino na złamane serce

Po 1,5 roku zaczęliśmy rozmawiać o tym, czy przypadkiem nie powinniśmy wybrać się na terapię uzależnień, ale ostatecznie to było tylko takie gadanie.

Oczywiście, o wiele wyraźniej dostrzegałam ten problem u niego. Dopiero z czasem coraz bardziej przerażało mnie to, że jestem na najlepszej drodze, żeby prowadzić taki sam styl życia.

Gdy się rozstaliśmy, czujnie obserwowałam moje zwyczaje związane z używkami. Odnotowywałam każde wino z przyjaciółką, piwo do filmu, wino na złamane serce, drinki na imprezie, piwo ze znajomymi itp. W ten sposób zorientowałam się, że piję nawet 300 dni w roku. Robiłam sobie więc różne postanowienia, np. że nie będę pić sama. Zamiast pić paliłam jointy albo wychodziłam się z kimś spotkać.

Czułam, że picie 300 razy w roku to problem

Moi znajomi, którzy ze mną imprezowali i tak jak ja, zwierzali się przy winie, często nie rozumieli, dlaczego zdecydowałam się na terapię. Twierdzą, że przesadzam. Bo, ich zdaniem, uzależniony to ktoś, kto zrzygał się albo obsikał, puszczał się, lądował wielokrotnie na izbie wytrzeźwień, kradł, chodził na prostytutki, tankował do rana, nie przychodził do pracy, zaniedbywał higienę.

Ja tego nie robiłam. Mimo wszystko czułam, że picie nawet piwa 300 razy w roku to już jest problem. W końcu przyszedł taki moment, kiedy było mi naprawdę ciężko: byłam smutna, zagubiona. Chciałam zrobić ze swoim życiem coś dobrego. Poszłam na terapię, na początku z założeniem, że tam nauczę się pić rzadziej.

„To musiałaś nieźle naodstawiać!”

Tam się dowiedziałam się, że dobrze mi się wydaje, mam problem, muszę przestać w ogóle pić i palić jointy, co bardzo mnie zabolało. Co więcej, przestać chodzić na imprezy, do pubów i na wino z koleżanką, niezależnie od tego, czy sama piłabym soczek. To była gigantyczna zmiana w moim stylu życia i ciężko było mi się do niej przyzwyczaić.

W moim życiu nagle zrobiło się bardzo cicho i spokojnie. Ludzie bardzo różnie na mnie reagowali – od braku zrozumienia („Najpierw mięso, teraz alkohol”), przez entuzjazm („Ale ekstra!! Y też ostatnio to zrobił i jest bardzo zadowolony!”), irytujące współczucie („I co, lepiej się teraz czujesz?”) i głód sensacji („To musiałaś nieźle naodstawiać!”).

Schody zaczęły się dopiero wtedy, gdy się okazało, że praktycznie nie mogę brać udziału w żadnych eventach towarzyskich, bo czy to są kalambury, wieczór literacki, planszówki, koncert, ognisko, kółko naukowe, urodziny, wernisaż czy wyjazd w góry – wszędzie jest obecny ten cholerny alkohol. Dlatego bardzo doceniam, gdy znajomi, jak się spotykamy, ze względu na mnie, postanawiają tego wieczora nie pić.

Stałam się bardziej rozsądna i dorosła

Wiele w moim życiu zmieniło się na plus. Jestem spokojniejsza, mniej skłonna do dramatyzowania i przesadnego ekscytowania się. Spędzam więcej czasu sama ze sobą lub z bliskimi przyjaciółki, którzy rozumieją, że nie mogę przebywać wśród ludzi pijących. Chodzę wcześniej spać, chyba stałam się bardziej rozsądna i dorosła, staram się brać „życie za rogi”, zamiast przed nim uciekać.

Inaczej też odbieram ludzi, który piją. Kiedyś uważałam ich za fajnych i wyluzowanych, z fantazją i duszą jak step szeroką. Teraz ludzie pijący działają na mnie trochę jak przejażdżka nocnym autobusem – nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pachną na wpół przetrawionym kebabem, totalnie rozregulowały im się głośniki, są albo zbyt ruchliwi albo zbyt ospali, a z ich ust wydobywa się dużo za dużo, zupełnie zbędnych słów.

Próba rozmowy prowadzi do tego, że próbuję ukryć zgrzytanie zębami i przewracanie oczami w duchu, bo wątki się rwą, trudno utrzymać skupienie na jakimś temacie, za łatwo na scenę wkraczają łzawe sentymenty albo dzika rozpacz, a jeżeli są grane jeszcze jointy – to również filozofowanie i recepty na naprawę świata tak proste, że nie do pojęcia wydaje się, że świat, mając je w zasięgu bucha, jest nadal tak skomplikowany. Krótko mówiąc – wolę wysiąść i przejść się pieszo.

Na co dzień nie ciągnie mnie do alkoholu, są jednak chwile, kiedy zazdroszczę ludziom, którzy sączą dobre czerwone wino albo w ciepły letni wieczór mogą poczuć to przyjemne szumienie w głowie.

Ale do picia nie wrócę. To by było bez sensu.

„Największy problem z moim niepiciem alkoholu mają ci, co piją”

Maria, 33 lata, copy-writerka, nie pije od sześciu miesięcy

Największy problem z moim niepiciem alkoholu mają ci, co piją. Fakt, że nie piję, wprawia ludzi w zakłopotanie, myślę, że każdemu dobrze by zrobiło, gdyby sprawdził, czy jest rzeczywiście w stanie obejść się bez alkoholu przez miesiąc, dwa albo dłużej.

Na kacu potrafiłam zjeść gigantyczne ilości jedzenia

Powód, dla którego rzuciłam alkohol, jest prozaiczny. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że alkohol bardzo źle na mnie wpływa. Kiedyś byłam w stanie nawet po całej nocy spędzonej na imprezie, wstać rano i iść do pracy, a teraz po sobotnich szaleństwach cała niedziela zmarnowana na kaca. Gdybym miała wstać na jakiś sport, to bym po prostu nie dała rady. Nie mam pojęcia, jak ja to wszystko kiedyś ogarniałam! Zauważyłam też, że na kacu potrafię zjeść gigantyczne ilości jedzenia, co również ma swoje negatywne konsekwencje.

W pewnym wieku zmieniają się też priorytety. Nie chcesz tracić czasu na leżenie w pościeli i „umieranie”, ale pójść na trening, spotkać się ze znajomymi na obiad, obejrzeć wystawę.

Nie piłam nigdy dużo, choć zdarzały się porządnie zakrapiane imprezy, bo miałam kiedyś naprawdę mocną głowę. Piłam jednak regularnie, trzy razy w tygodniu po kilka kieliszków wina. Jak obracasz się w określonym towarzystwie, gdzie na picie alkoholu jest większe przyzwolenie, tym łatwiej wpaść w taki alkoholowy rytm. Alkohol jest obecny zawsze i często w dużych ilościach.

Alkohol dość mocno wpływał na moje samopoczucie

W ubiegłym roku zrobiłam sobie taki detoks. Ograniczyłam spożycie do piątkowych czy sobotnich wieczorów. Co ciekawe, zbiegło się to w czasie z rzuceniem alkoholu przez kilku moich znajomych, w przypadku których okazało się, że jest to jednak poważniejszy problem, bo niektórzy zdecydowali się na leczenie.

Nie wiem, czy ja miałam problem z alkoholem. Nie ponosiłam specjalnych kosztów z tytułu picia, zawsze byłam profesjonalna, nigdy nic nie zawalałam, z drugiej strony alkohol dość mocno wpływał na moje samopoczucie. Miałam świadomość, że coś jest nie tak. W Polsce osoba, która ma problem z piciem kojarzy się od razu ze śmierdzącym pijakiem, który leży w rowie. Osoby, które sączą winko w zaciszu domowym nie postrzega się w takich kategoriach. Ale problem nie leży w tym, ile pijesz, ale w jakich okolicznościach i co ci ten alkohol „załatwia”. Jeżeli przez cały tydzień harujesz jak chomik i czekasz tylko na piątek, aż będziesz mógł zrobić sobie „resecik”, w weekend odsypiasz kaca, a w poniedziałek znów wchodzisz w rolę chomika, to raczej coś jest nie tak. Moim zdaniem nawet osoba, która cztery razy w tygodniu sięga po kieliszek wina powinna się zastanowić, dlaczego właściwie to robi i czy jest w stanie z tego zrezygnować.

Efekt domina

Kilka miesięcy temu postanowiłam całkowicie wyeliminować alkohol ze swojego życia. Przeszłam również na wegetarianizm, zaczęłam trenować, chodzić na jogę. Jedna rzecz pociąga za sobą kolejne, taki efekt domina.

Od samego początku czułam się świetnie. Schudłam, byłam wypoczęta. Nie brakowało mi alkoholu, jedyne, co było wkurzające, to zachowanie ludzi. „Jesteś w ciąży?” albo „Staracie się?” to był standard. „Na szczęście” palę papierosy, więc miałam alibi… Niektórzy – mam wrażenie – czują się niezręcznie w moim towarzystwie, gdy sami piją. Może się zastanawiają, czy i oni byliby w stanie żyć bez alkoholu.

Jeszcze nie wiem, kiedy zakończę ten eksperyment. Może na Sylwestra zaszaleję.

„Gdy przestałam pić, poczułam ulgę”

Kasia, 30 lat, nie pije od pięciu lat

Tak naprawdę nigdy nie lubiłam alkoholu. Piłam, jak się później okazało, pod presją towarzystwa. Chciałam się dopasować, czuć, że jestem bliżej z ludźmi. Jednocześnie każde picie wiązało się z bardzo złym samopoczuciem, nawet małe ilości alkoholu długo odchorowywałam.

Gdy piłam, miałam poczucie winy

Nie przepadałam również za tymi momentami utraty kontroli nad sobą, zamglenia i spłyconego przeżywania wszystkiego. Bardzo nie podobały mi się imprezy, które polegały wyłącznie na piciu alkoholu, czyli takie maratony alkoholowe. Kojarzyły mi się ze złym samopoczuciem, bo zawsze reagowałam zatruciem.

W pewnym momencie doszłam do wniosku, że alkohol nie jest mi absolutnie do niczego potrzebny. Uprawiam dużo sportów, więc w sposób naturalny brak alkoholu wpisywał się w mój styl życia.

Dodatkowo fakt picia budził we mnie poczucie winy. Mój ojciec jest alkoholikiem, więc miałam poczucie, że pijąc alkohol, odbieram sobie prawo do krytykowania go. Bałam się też, że grozi mi to samo, co jemu, bo choroba alkoholowa ma podłoże genetyczne. Decyzja o rzuceniu alkoholu wiązała się dla mnie z ogromnym poczuciem ulgi.

Moje życie towarzyskie zmieniło się na plus

Pierwsza przerwa od picia trwała jakieś pół roku. Byłam chora, musiałam przejść antybiotykową kurację. Gdy już wydobrzałam, wypiłam jedno piwo. To był horror. Znów poczułam takie powierzchowne przeżywanie wszystkiego, miałam zakłócony ogląd rzeczywistości, nie mogłam znów poczuć więzi z ludźmi, z którymi rozmawiałam, czułam się bardzo niekomfortowo. Od tamtej pory nie piję w ogóle.

Moje życie towarzyskie bardzo się zmieniło, na plus. Osoby, które spotykają się z innymi tylko po to, żeby się napić, zaczęły unikać mojego towarzystwa, przestały zapraszać mnie na imprezy. Problem z przebywaniem na „maratonach alkoholowych” sam się rozwiązał. W ciągu kilku lat wiele tego typu osób się wykruszyło, pozostały ze mną ci, którzy tak jak ja, relacje opierają na rozmowie, rzeczywistym kontakcie z drugim człowiekiem, nie na alkoholowym bełkocie. Nie czuję, że coś straciłam, tylko że zyskałam – ludzi, którzy nie potrzebują alkoholu, by dobrze się czuć, bawić, rozmawiać ze mną.

„Co, ze mną się nie napijesz?”

Niektórzy z niedowierzaniem pytają, dlaczego nie piję. Wtedy mówię, że źle się czuję po alkoholu. Szanują to. Zdarzają się osoby ciekawskie, które chcą wiedzieć, z czego to wynika, sami mówią mi często, że piją, bo to sprawia, że czują się w towarzystwie swobodniej. Ja nigdy nie miałam z tym problemu, bo z natury jestem osobą otwartą i bezpośrednią. Sama często wychodzę z inicjatywą kontaktu. Nie potrzebuję „wspomagacza”, by z ludźmi rozmawiać. Ale wiele osób potrzebuje.

Są też osoby, które są bardzo irytujące. Nie rozumieją, dlaczego nie piję. Padają oczywiście hasła: „Co, ze mną się nie napijesz?”. Gdy zmieniłam formę mówienia o swoim niepiciu z „nie piję, bo nie lubię” na „jestem abstynentką”, to przestali mnie nagabywać. Może to słowo sprawia, że zaczynają traktować mnie poważnie.

Zawsze bardzo lubiłam chodzić do klubów. I fakt, że nie piję, tego nie zmienił. Po prostu bawię się w innym towarzystwie, a na osoby, które są wokół mnie, które piją duże ilości alkoholu, nie zwracam uwagi. Sama obecność alkoholu nie stanowi dla mnie problemu.

Krótko po tym, jak podjęłam decyzję o rzuceniu alkoholu, poszłam na terapię dla Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA). Zmieniły się też moje relacje z ojcem, ograniczyłam kontakt z nim. Jedyne, co mnie dziś uwiera w moim niepiciu, to inne osoby pijące, które moim zdaniem mają problem z alkoholem. Po terapii widzę więcej, jestem w stanie dostrzec pewne niuanse w zachowaniu, których inni pewnie nie dostrzegają. „Alkohol jest sposobem na radzenie sobie z pędzącym XXI wiekiem”

Karolina, 30 lat, nie pije od około czterech lat, choruje na cukrzycę

Postanowiłam całkowicie wyeliminować alkohol po tym, jak uświadomiłam sobie, jak wielu ludzi wokół mnie niszczy sobie przez to życie.

Alkohol kojarzył mi się z trucizną

Jestem DDA (Dorosłe Dzieci Alkoholików, przyp. red.), więc wiem, do czego może doprowadzić alkohol. Często obracam się też w towarzystwie artystów, ludzi kultury, sztuki, gdzie jest większe przyzwolenie na picie: nie rzadko bohema musi pić, żeby czerpać inspirację. Doskonale znamy jednak aktorów czy pisarzy, których alkohol po prostu zniszczył i niszczy nadal. Jestem też cukrzykiem, więc każdego kaca przeżywałam 10 razy gorzej niż osoba zdrowa. Alkohol kojarzył mi się z trucizną.

Przebywanie wśród pijanych to dla mnie stres

Gdy przestajesz pić, automatycznie zmienia ci się towarzystwo. Ludzie toksyczni, tacy, z którymi tylko możesz się napić, odchodzą. Zostają ci, w moim odczuciu, bardziej wartościowi. Nie sprawia ci już żadnej przyjemności przebywanie wśród ludzi pijanych. Zwłaszcza dla mnie – osoby z DDA – nie jest to relaks, ale przede wszystkim stres. Tracę poczucie bezpieczeństwa, czuję się niekomfortowo. Co nie znaczy, że jestem jakimś żandarmem, który pilnuje, żeby przypadkiem nikt obok mnie się nie napił. Jak koleżanki wypiją lampkę wina czy piwo i zachowują się normalnie, nie stanowi to dla mnie problemu.

Po odstawieniu alkoholu zmienia się też percepcja czasu wolnego. Niedziele nabierają kolorytu. Więcej przyjemności sprawia mi teraz kilkugodzinny spacer po lesie czy wycieczka nad rzekę, jezioro niż kilka godzin spędzonych w klubie.

Budżet, priorytety, moda

Z jednej strony obserwuję, że wiele osób odchodzi od tzw. ostrego picia. Mam wrażenie, że kilka czynników na to wpływa. Po pierwsze, wiek: skończyły się czasy udowadniania innym, jak dużo jestem w stanie wypić, zmieniają się też priorytety. Po drugie, budżet, jakim dysponujemy. Kiedyś stać nas było na kilka piw, wódkę, dziś pijemy raczej niezłej jakości wino. Po trzecie, moda na bycie fit i dbanie o zdrową dietę, przechodzenie na wegetarianizm, weganizm. A także zmieniająca się kultura picia. To obserwować można przede wszystkim w dużych miastach, jak Warszawa.

Kobiety często zamieniają wódkę z Colą na Prosecco w modnej knajpie. A mężczyźni żołądkową gorzką na szklankę dobrej Whiskey. Mam wrażenie, że teraz mówi się więcej na temat alkoholizmu, znani ludzie przyznają się do problemu, otwarcie opowiadają o swoich doświadczeniach. Mimo to dla wielu, zwłaszcza w takim mieście, jak Warszawa, alkohol jest sposobem na radzenie sobie z pędzącym XXI wiekiem. Człowiek z problemem alkoholowym nie jest już żulikiem w czapeczce, który z przetartą siateczką i psem przy nodze pałęta się od jednego monopolowego do drugiego. Alkoholicy to ludzie, którzy mają często dobrą i ciekawą pracę, „normalne” życie, „normalne” rodziny, a alkoholowe upajanie się pozostawiają na samotne wieczory albo weekendy.

„Chcę mieć kontrolę nad swoim życiem”

Piotr, 38 lat, dziennikarz, nie pije od urodzenia

Właściwie już dawno powinienem zacząć pić, bo zawsze obracałem się wśród ludzi pijących. Mimo to nigdy nawet nie spróbowałem. I nie żałuję. Nie chcę wiedzieć, jak alkohol na mnie działa, widzę, jak działa na innych. Chcę mieć kontrolę nad moim życiem. Alkohol dla mnie nie jest pokusą, bo po prostu nie istnieje.

Nikt mnie pijanego z imprez nie odbierał

Nie mam też żadnej traumy związanej z alkoholem, podobnie jak mój brat, który też nigdy nie pił. Nigdy nie widzieliśmy rodziców pijanych, nie ma tu żadnej choroby alkoholowej w tle. Rodzice nie musieli przeprowadzać z nami rozmów wychowawczych, nikt nas pijanych z imprez nie odbierał.

Jestem też weganinem, co razem z niepiciem alkoholu robi ze mnie jakiegoś kosmitę, przynajmniej w oczach innych. Dla mnie to normalne i nie wiąże się z kwestiami religijno – duchowymi, o co bywałem podejrzewany.

Straight edge

Moja świadoma abstynencja zaczęła się w połowie podstawówki, kiedy wstąpiłem do harcerstwa, potem w okresie punkowego buntu odkryłem straight edge, z którym cały czas się utożsamiam (zwolennicy tego ruchu, nie wyrzekając się typowej dla punkowych subkultur postawy buntu przeciwko społeczeństwu i prowokacyjnych zachowań, odrzucali charakterystyczny dla punków nihilizm i powszechną skłonność do używania alkoholu i zażywania narkotyków, przyp. red.).

Abstynencja jest więc dla mnie formą postawy życiowej. Nie piję, zdrowo się odżywiam, nie jem mięsa i dużo biegam – biorę udział w ultramaratonach.

Nie poznaję już dużo nowych ludzi

Jak reagują znajomi na fakt, że nie piję? Ci, którzy mnie znają, wiedzą o tym od lat, więc nie pytają. Jeszcze jak byłem młody, to wchodziłem w dyskusje na ten temat, starałem się ludziom tłumaczyć, dlaczego nie piję. Wiązało się to często ze zdziwieniem z ich strony.

Dziś poznaję mało nowych ludzi. O tym, że nie piję alkoholu, ostatni raz rozmawiałem pięć lat temu. Moja żona również jest abstynentką. W moim wieku jest już trudno o nowe relacje, dlatego raczej skupiam się na pielęgnowaniu tych, które mam.

METROWARSZAWA.GAZETA.PL

przeczytaj tutaj