Agnieszka Moroz | Oblicza lęku
16293
post-template-default,single,single-post,postid-16293,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-theme-ver-13.1.2,qode-theme-bridge,wpb-js-composer js-comp-ver-5.4.5,vc_responsive
 
Zaburzenia lękowe

Oblicza lęku

Oblicza lęku

„Znieruchomieć jak kamień! Trwać!” – Hesse

Pragnienie trwałości i tęsknota za nieprzemijalnością od początku dziejów głęboko tkwią w ludzkiej naturze. Jak się przekonaliśmy, stała obecność w dzieciństwie tego, co znane i oswojone, jest rzeczą niezwykle ważną dla całego późniejszego rozwoju człowieka. Umożliwia ona wykształcenie się cech specyficznie ludzkich – sfery uczuciowej, charakteru, zdolności do miłości – a także uczy zaufania i nadziei.

Zajmiemy się teraz opisem podstawowej formy lęku, wiążącej się właśnie z lękiem przed przemijaniem. Dopada on ludzi tym silniej, im bardziej chcą się przed nim zabezpieczyć czy uciec.

Wyobraźmy sobie najpierw, jakie są skutki nadmiernie przeżywanego lęku przed przemijaniem lub – patrząc od strony podstawowych dążeń właściwych ludzkiej naturze – przesadnego pragnienia pewności i niezmienności?

Najogólniejszym skutkiem jest cecha człowieka, którą można określić jako niechęć do zmian. Zmiany wszelkiego rodzaju przypominają o przemijalności, a tej za wszelką cenę pragnie się uniknąć. Dlatego dąży się do tego, by szukać i przywracać to, co znane i sprawdzone. Fakt, że coś się zmienia, wywołuje niepokój, a nawet lęk. Dlatego usiłuje się powstrzymywać i ograniczać te zmiany, a jeśli to możliwe przeszkadzać i przeciwstawiać się im. Bronienie się przed zmianami na każdym kroku jest syzyfową pracą, bo życie przypomina rzekę, w której wszystko jest w nieustannym ruchu, wszystko się zmienia, wszystko płynie, tworzy się, przemija i nie można tego powstrzymać.

Jak może w ogóle wyglądać próba przeciwstawienia się zmianom i upływowi czasu? Człowiek będzie się kurczowo trzymał swych przyzwyczajeń, doświadczeń, przekonań i zasad, chcąc podnieść je do rangi zawsze obowiązujących pryncypiów, praw ponadczasowych. Będzie unikał doświadczeń, które mogłyby owe prawa zakwestionować, a jeśli się to nie uda, będzie się starał nadać im inny sens, tak by dały się dopasować do rzeczy mu znanych i wiadomych. Może to prowadzić do świadomego lub nieświadomego przekłamania w ocenie zdarzeń, polegającego na tendencyjnym wyborze szczegółów i interpretowaniu tego, co go spotyka, w sposób zgodny z dotychczasowym obrazem rzeczywistości, przy czym dobór argumentów świadczy o tym, że nie chodzi tu o zachowanie obiektywizmu, lecz o ratowanie własnych przekonań, których podważenie nie wchodzi w grę! Historia różnych dyscyplin naukowych pełna jest przykładów jałowych sporów o to, kto ma rację.

Gdy człowiek sztywno trzyma się tego, co już znane i do czego się przywiązał, będzie reagował na to, co nowe, uprzedzeniami, które mają go chronić przed niespodziankami i przed tym, co nieznane. Skutek jest taki, że nie zagraża mu wprawdzie niebezpieczeństwo przyjmowania – w imię naiwnej wiary w postęp – rzeczy nieprzemyślanych i niewypróbowanych, może jednak zamknąć się na to, co nowe, a to z kolei prowadzi do zahamowania lub wręcz zamknięcia możliwości rozwoju, również własnego.

Podstawowym problemem ludzi o osobowości anankastycznej („obsesyjnej) jest więc nadmierna potrzeba zabezpieczania się, pewności. Wiążą się z tym ostrożność, przewidywanie, świadome planowanie celów w długiej perspektywie i nastawienie na niezmienność, trwałość. Patrząc z perspektywy strachu, ich problem można opisać jako lęk przed ryzykiem, zmianami i przemijaniem. Nasuwa się w tym miejscu obraz człowieka, który chciałby wejść do wody dopiero wtedy, kiedy będzie już umiał pływać.

Człowiek z osobowością anankastyczną (obsesyjną) z trudnością godzi się na to, że w życiu nie istnieją prawdy niezmienne ani zasady absolutne i że to, co żywe, nie może zostać raz na zawsze ujęte w sztywne ramy. Jest przekonany, że wszystko da się sprowadzić do kilku zasad, że nad wszystkim można panować i niczego nie przeoczyć. W ten sposób dokonuje gwałtu na tym, co naturalne.

Na płaszczyźnie stosunków międzyludzkich ta postawa wyraża się podobnie. Świadomie czy nieświadomie chce się narzucić innym sposób postępowania według własnych zaleceń. Dotyczy to zwłaszcza partnera, dzieci oraz osób, z którymi jest się bliżej związanym. Konflikt pokoleń opiera się właśnie na tym mechanizmie. Odrzucając lub tłumiąc wszystko, co nowe, nieznane i nietypowe, dochodzi się do granic absurdu, przez co ściąga się na pole bitwy siły przeciwne – różnego rodzaju rebeliantów i rewolucjonistów przekonanych, że przeciwnika należy zwalczać za pomocą własnych ekstremalnych środków, przy czym często wylewa się dziecko z kąpielą. Jest w tym obecny nieunikniony ludzki tragizm – nieunikniony, ale możliwy do przezwyciężenia, trzeba się tylko zdobyć na otwarcie i zrozumienie tego, co nowe.

Ludzie, których psychiką rządzą przymus i natręctwa, boją się, że wszystko stałoby się niepewne, a nawet chaotyczne, gdyby byli bardziej otwarci albo bardziej spontanicznie zdali się na rozwój wypadków, wyłączając nieustanną samokontrolę czy odrzucając kontrolę zewnętrzną. Boją się oni, że to, co wyparli, albo to, co niepożądane w rzeczywistości społecznej, wybuchłoby i zalało wszystko, jeśli tylko raz zachowaliby się w ten sposób. Są jak Herakles, który zdawał się już wcześniej wiedzieć o tym, że Hydrze urosną przynajmniej dwie głowy w miejsce tej, której ją pozbawił. Dlatego boją się tego „pierwszego kroku”, który gdy raz zostanie zrobiony, może wywołać rzeczy – ich zdaniem – nieprzewidywalne. W konsekwencji nastawieni są zawsze na to, by korzystając z władzy, wiedzy i praktyki sprawić, że nic niechcianego i nieprzewidzianego nie będzie się mogło wydarzyć. Żyją według motta „what – if”: co się stanie, jeśli postąpię w ten czy inny sposób? Dołączają tym samym do grona ludzi, którzy niczego w życiu nie zaryzykują, którzy nie żyją naprawdę, w każdej sytuacji na sto różnych sposobów zabezpieczeni i przygotowani.

Pacjent, którego poprosiłem, by zrelaksował się na kanapie i zechciał opowiedzieć swe przeżycia, odparł szczerze: Ale wtedy powróci do mnie całe to gówno! W ten sposób drastycznie określił sprawy, które od siebie odsunął i wyparł, utrzymując je tam przez nieustanną samokontrolę i narzucenie własnej świadomości pewnego drylu. Zabezpieczenie się przed tym, czego się chce uniknąć, staje się dla człowieka ogarniętego przymusami i natręctwami najważniejszą potrzebą życiową, a chęć jej zaspokojenia sprawia, że potrafi być niezwykle pomysłowy. Zobaczmy to na następującym przykładzie.

Jedną z możliwości pozwalających uniknąć zanurzenia się w dynamicznym nurcie życia jest zwlekanie, ociąganie się, wątpienie. Oto fragment listu, ilustrujący krańcową niemożność podjęcia decyzji:

Serdecznie dziękuję za Pański list. Wpędził mnie on w poważny konflikt; nie wiem, czy moja neuroza związana z podejmowaniem decyzji ujawniła się w naszej pierwszej rozmowie. Jeśli tak, to prawdopodobnie tylko powierzchownie.

Napisałam właśnie do sanatorium w X, skąd przyszła prośba o podjęcie ostatecznej decyzji, odpowiedź mam przesłać do 15. lipca. Otrzymałam jednak również Pański list z wiadomością, że ewentualnie mogłabym się leczyć u Pana w Monachium. Od tego czasu waham się, nie potrafię się zdecydować. Obawiam się, że finał tej historii będzie taki, że kiedy się wreszcie zdecyduję, miejsca w X będą już zajęte. A przecież decyzja jest całkiem prosta. Na Monachium nie mam pieniędzy. Zbieram ciągle potrzebną sumę, ale wszystko to jeszcze za mało. Czyli się nie uda. I wtedy myślę, że ten wyjazd byłby jednak pożyteczny, a nawet konieczny. Wyobrażam sobie, że te moje ciągłe i – jak się zdaje -organiczne choroby mogłyby się cofnąć, a i dla mego ogólnego samopoczucia, i ze względu na moje trudności wyjazd taki byłby korzystny.

Poza tym w Monachium nie mam się gdzie zatrzymać. Do X mogłabym w tym roku znowu pojechać, ale czy to nie wyczerpujące dojeżdżać stamtąd codziennie do Monachium? Za żadną cenę nie mogę tego znowu robić. W ogóle kiedy myślę o tym, że znów mam jechać w nieznane, ogarnia mnie strach. Wojny chyba nie będzie!

Sądzę, że jest Pan przerażony moim niezdecydowaniem, ale jest Pan przecież psychoanalitykiem i wie Pan, że nie wyszłam za mąż za człowieka którego kochałam, bo nie mogłam się na to zdecydować, a potem było już za późno! I teraz będzie podobnie z tą podróżą… Ostatecznie nie dojdzie do skutku ani jedno, ani drugie. W każdym razie jest pewne, że Monachium – gdy idzie o pieniądze – napawa mnie nieco lękiem. Takie są realia. Czy nie jest normalne, że najpierw zbiera się potrzebną sumę, a dopiero potem decyduje się na podróż? Ja będę na to przygotowana w przyszłym roku w maju – czerwcu. Do tej pory dwa razy dostałam tylko połowę pensji. Teraz na szczęście sytuacja znów się unormowała.

Myślę, że zdecyduję się na pobyt w X, chociaż będę potem płakać z żalu za Monachium. Sanatorium w X jest po prostu tym, na co mogę sobie finansowo pozwolić bez większych problemów. Jeśli jednak dostanę stamtąd wiadomość, że nie są w stanie zarezerwować mi czegoś na dłuższy pobyt, być może zdecyduję się na Monachium. Na tę ewentualność chciałabym się od Pana dowiedzieć, czy mogłabym zapłacić Panu za terapię dopiero 15. września i czy nasze spotkania mogłyby trwać od 7. sierpnia do 7. września.

Ta decyzja to jak ciężki poród! Kiedy o tym piszę, wydaje mi się, że robię jakiś krok naprzód w analizie całej tej sytuacji. Ostatecznie jednak wszystko i tak pozostaje, jak było.

PS Nie potrafię podjąć decyzji, to potwornie męczy. Chcę się jednak przekonać, czy w X zarezerwowano to miejsce. Czekam na Pańską odpowiedź, czy będzie Pan do 7. września i czy mogłabym Panu zapłacić 15. września. Może przyślę telegram. (Rzeczywiście zrobiła to i zdecydowała się na terapię u mnie.)

 

Można sobie wyobrazić, jak męczące mogą być takie wahania i nieumiejętność podjęcia decyzji, zwłaszcza gdy rzecz dotyczy spraw poważniejszych niż opisana powyżej. Widzimy, jak ludzie mający takie trudności uzależniają swoje decyzje od okoliczności zewnętrznych. Zdarza się nawet, że zanim podejmą ostateczną decyzję, liczą najpierw guziki u żakietu albo rzucają kostką… W następnych partiach tej książki pokażemy, jak powstaje taki lęk przed samodzielnym decydowaniem.

A oto kolejny przykład ilustrujący, jak osoby z przymusowymi zachowaniami zamykają sobie możliwość nieskrępowanego działania. Jeden z pacjentów w trakcie psychoterapii opowiedział swój sen, po czym tak kontynuował swą wypowiedź: Czy w ogóle ma sens nadawanie snom jakiegoś znaczenia? Wszystko jest przecież względne. Można wyczytać z nich to, co się chce. Kto może powiedzieć, że znalazłem właściwą interpretację? Może zniekształciłem swój sen już w trakcie opowiadania albo nie całkiem dobrze go pamiętam? Czy więc może być coś pewnego? Sen – mara, jak mówi przysłowie. Zajmowanie się nim nie ma nic wspólnego z nauką. Freud i Jung mieli zresztą różne teorie na temat snów i całkiem inaczej je objaśniali. Widać stąd, że nie ma tu niczego spójnego i pewnego. A skojarzenia! Cóż może człowiekowi przyjść na myśl! To prowadzi przecież do rzeczy niekontrolowanych, człowiek godzi się na jakąś niewiadomą… poza tym nic nie przychodzi mi do głowy…

Daje się tu zauważyć mechanizm obronny, jakim jest racjonalizacja; stawia się ją ponad przeżyciem, a ona od niego izoluje. Wyraźny jest tu także lęk przed tym, co niekontrolowane; nie chodziło przecież wcale o to, by dyskutować o snach w sposób naukowy, lecz o to, żeby pacjent zechciał swobodnie wypowiedzieć swoje skojarzenia i myśli na temat własnego snu. Niektórzy z czytelników mogą być zresztą przekonani, że wątpliwości mojego pacjenta były w pełni uzasadnione. Nie dostrzegają zapewne jednak, że zostały użyte jako argumenty mające usprawiedliwić niechęć do podjęcia zadania, jakie postawiłem przed nim w czasie terapii; dlatego jego wątpliwości wcale nie odnosiły się tylko do snów – pacjent ten bał się wszystkiego, co oceniał jako niepewne, i próbował tego uniknąć.

Wiele anankastycznych osób, kierując się mechanizmem obronnym, pozostaje niejako na etapie wstępnych przygotowań do osiągnięcia zamierzonego celu. Trafnie ilustruje to następująca anegdota: Do nieba przychodzi pewien człowiek. Widząc przed sobą dwoje drzwi, a nad nimi napisy: „Drzwi do nieba” i „Drzwi na wykłady o niebie”, kieruje się do tych drugich.

Jest prawem psychologii, że wszystko, co wypieramy, z czasem w nas wzbiera. Gdy wzrasta napór naszych emocji, potrzeba coraz więcej sił i czasu, żeby utrzymać w szachu to, co zostało wyparte; tak powstaje błędne koło przymusu, z którego wyjść można tylko przez uświadomienie sobie wypartych treści i świadomą konfrontacją z nimi. Tylko wtedy uda się zintegrować z całością naszej psychiki to, czego dotychczas unikaliśmy i czego się w nas samych obawialiśmy, i być może nawet ze zdumieniem stwierdzimy, że treści te zawierają w sobie także pozytywną siłę i że pozornie bezsensowne sny potrafiły powiedzieć nam coś pożytecznego i istotnego.

Można sobie zapewne wyobrazić, jak ciasny i sztywny, jak zasadniczy i nietolerancyjny i jak przerażająco konsekwentny jest człowiek o takim nastawieniu oraz jak bezbarwne musi być jego życie, gdy usiłuje on je ograniczyć swymi niepodważalnymi zasadami, wiedząc jedynie, że chce obronić to, co „właściwe” (jak ów pacjent, który uważał, że „musi” wpaść na „właściwe” myśli i skojarzenia, i dlatego bronił się przed spontanicznym wypowiadaniem uwag). Nie jest natomiast świadomy ukrytego w swoim zachowaniu lęku przed ryzykiem.

Jeżeli wszystko traktuje się tak pryncypialnie, żywą materię życia zamienia się w pedantyczne uporządkowanie, niezbędną konsekwencję – w nieugiętość niepoddającą się żadnym argumentom, rozsądną ekonomię – w skąpstwo, a zdrową chęć decydowania – w krnąbrny upór graniczący z despotyzmem. Kiedy okazuje się to niewystarczające do pokonania lęku, ponieważ bogactwo rzeczywistości nie daje się tak łatwo wtłoczyć w sztywne reguły, pojawiają się symptomy świadczące o istnieniu przymusu i natręctw. Chociaż ich początkową funkcją jest neutralizowanie strachu, z czasem usamodzielniają się i stają się przymusem wewnętrznym. Narzucają się człowiekowi i nawet gdy wydają się bezsensowne, nie można się od nich uwolnić. Typowe zachowania anankastyczne to przymus mycia rąk, liczenia, przypominania sobie i wszystkie natręctwa myślowe. Gdy człowiek chce zaniechać pewnego przymusu, uwolnić się od niego, zawsze ujawniają się związane z nim lęki.

Chociaż przymus może przybrać różne postaci, to kryje się za nim jeden wspólny lęk – związany z byciem spontanicznym. Przymusowi ulega się zawsze po to, by czegoś uniknąć, czy to czegoś nowego, nieznanego, niepewnego, zabronionego, czy też jakiejś pokusy. Gdy wszystko zostaje tak, jak było: przedmioty na biurku ułożone są w świętym porządku, opinia na jakiś temat jest niezmiennie aktualna, osąd moralny nie podlega wahaniom, teoria naukowa jest głoszona ze świętym przekonaniem, a wiara wyznawana z niewzruszoną pewnością – wtedy czas zatrzymuje się w miejscu. Wszystko jest przewidywalne, świat się nie zmienia, a życie jest jedynie powtórzeniem tego, co już było i co jest znane.

Oto prosty przykład ukazujący pryncypialność w zachowaniu osób owładniętych zachowaniami przymusowymi, przy czym, jak to w życiu bywa, tragizm sąsiaduje tu z komizmem: Gdyby ktoś próbował utrzymać pokój w absolutnej czystości, musiałby w końcu dostrzec, że jest tragikomiczny, ponieważ chce zatrzymać nieuchronną kolej rzeczy, a przez to czas. Byłby jak ten, kto chce napełnić pozbawioną dna beczkę wodą. Jeżeli przy wykonywaniu czynności właściwie pozbawionej znaczenia zaczynamy odczuwać irracjonalny przymus, powinniśmy zadać sobie pytanie, od jakiej w istocie decyzji lub jakiego rozstrzygnięcia ów przymus chce odwrócić naszą uwagę?

Każdy przymus ujawnia tendencję – użyjmy tu porównania z zakresu medycyny – do tworzenia przerzutów, a więc do złośliwego rozrastania i rozszerzania się na inne, dotychczas jeszcze wolne obszary. Dlatego też z czasem człowiek jest coraz bardziej owładnięty różnymi natręctwami, a jego życie coraz bardziej ograniczone.

Proces ten rozpoczyna się najpierw we wnętrzu człowieka. Przejawia się w obronie przed niepokojem, złymi myślami, pragnieniami i popędami, które, jak się wydaje, trzeba stłumić. Walka z tym wszystkim pochłania większość czasu i sił człowieka.

OPOKA. ORG.PL

Czytaj cały wpis